Zott ciągle katuje reklamą jogurtów, w której kilka Polek rozpływa się nad owocami zerwanymi prosto z krzaczka i przekonuje, że dzięki Jogobelli ich życie jest lepsze. Jedna z nich nawet przyznaje bez większych oporów, że spożywa jogurt na śniadanie, obiad i kolację. Pani pewnie w najbliższym czasie wypadnie odwiedzić gastrologa, ale jej reklamowe koleżanki należy od razu wysłać do językoznawcy (ze specjalizacją: logopedia). Jogurty Jogobelli “majom” duże kawałki owoców, owoce „som“ duże, „som“ soczyste, a dzieci „som“ szczęśliwe.
A ja jezdem zaskoczona, że podlizywanie się klientowi oznacza nawet naśladowanie jego potocznych błędów językowych. Tylko czekać, aż w ramach integracji z wybranym konsumentem w przerwach reklamowych kur..y zaczną latać.

Jogobella, jogobella…i robi mi się niedobrze, gdy wielkie truskawki wpadają do kubła z płynnym wapnem. DRAMAT…
Ależ M., to się dzieje!
Pamiętasz reklamę kleju Atlas? “Żołnierze! Najważniejsza, kur.., jest… ZAPRAWA!”. Choć wulgaryzm został “wypikany” to jest to jedyna reklama (polska), która przychodzi mi na myśl.
A to “zbliżanie” się do przeciętnego Kowalskiego w telewizji jest chyba naturalnym procesem – nie wiem – ewolucyjnym? Wystarczy obejrzeć np. Poranek w TVN24, albo posłuchać “Dzień Dobry Bardzo” w Radiu ZET. Choć są tacy, którzy ciągle poszukują sztywno posadzonej na drewnianym krześle baby, która z kamienną twarzą przeczyta newsy, to niewątpliwie zmiany na bardziej “ludzkie” już wystąpiły i będzie się to zacieśniać, dlatego nie dziwię się, że reklama ucieka się do takich zagrań.
Przecież to takie ludzkie… :-)