SARE opublikowało raport, który podpowiada między innymi, jak wysyłać newslettery, żeby dobrze wylądowały. Dobrze, czyli w „akuratnym” czasie i na gruncie podatnym na promocyjne sugestie.
Okazało się, że większość adresatów nie ma ulubionego dnia na newslettery (41%), ale druga co do liczebności grupa – 25% – wskazała na poniedziałek.

Trochę jestem zaskoczona, bo jak siadam w poniedziałek do komputera i ściągam zaległą pocztę [pod warunkiem, że weekend był odwykowy;-)], to atak newsletterów jest nieunikniony, a że poniedziałki zaczynam na ogół od tego, że już z czymś jestem spóźniona;), to robię wszystko, żeby je ekspresowo przesiać. Z tego powodu dla mnie (i nie tylko) najskuteczniejszym dniem na newslettery jest wtorek/środa. Z nieformalnych obserwacji wnioskuję też, że sama mam wtedy najlepszą zwrotność.
Kolejne 11% badanych wskazało na piątek, co już zupełnie zbija mnie z tropu, bo zawsze myślałam, że w piątek większość myśli już o weekendzie i newsletterom nic do tego, chyba, że chodzi o promocyjny drink w klubie.

Może warto zrobić badania nie tyle deklaracji, co właśnie zwrotności maili wysyłanych w konkretne dni tygodnia?
Większość ankietowanych wyznała, że najchętniej odbiera newslettery w godzinach porannych (39% przed 8.00, 33% między 8.00 a 12.00) i przedpołudniowych. Chyba lubimy, jak coś na nas w skrzynce czeka;).
Ankietowani zapytani o cechy newslettera, który ewentualnie przyciągnie ich uwagę śpiewali jak z nut, czyli zgodnie z podręcznikowymi formułami. Musi być: konkretny, rzeczowy, czytelny, z linkami do stron www (tę opcję najczęściej zaznaczały kobiety, podobnie, jak atrakcyjność graficzną), lekki i personalizowany (to z kolei warunek zdecydowanie męski).

Z kolei to, co nas w newsletterach drażni to: „NO EXIT”, czyli brak możliwości wypisania, niepoprawne wyświetlanie grafik, zbyt długi download, brak polskich liter i niemożliwość bezpośredniej odpowiedzi.

I jeszcze preferowany format newslettera: zdecydowanie html (86%, txt – 14%).
Cały raport można ściągnąć tu.
